***
W Sheffield w
Wielkiej Brytanii powoli zapadał wieczór. Maj w tym roku zaczął
się wyjątkowo ciepło, sprzyjając biegaczom, którzy pół
miesiąca temu rozpoczęli sezon. Do entuzjastów tego sportu
zaliczała się Denise Hamilton, dwudziestopięcioletnia świeżo
upieczona policjantka. Wyszła z jednego z identycznie wyglądających
domów mieszczących się na osiedlu w starszej części miasta.
Zamknęła drzwi, wsunęła klucz do kieszeni niebieskiej polarowej
bluzy i potruchtała ścieżką do bramy prowadzącej na ulicę.
Przystanęła na brukowanym chodniku, przyciągając ręką do
pośladka najpierw lewą, a następnie prawą kostkę. Wyciągnęła
ramiona do przodu i rozciągnęła je. Uznała, że jest gotowa do
biegu. Ruszyła wzdłuż ulicy w stronę ulubionego parku
znajdującego się za rogiem. Wśród mnóstwa drzew biegło
kilkanaście ścieżek splatających się ze sobą, dzięki czemu nie
musiała pokonywać za każdym razem dokładnie tej samej trasy.
Skupiła się na dźwięku swoich stóp uderzających o bruk w
równym, niespiesznym tempie. Mocno zarysowane mięśnie długich
łydek i ud rysowały się wyraźnie przez cienki materiał szarych
spodni do jogi. Do pracy nóg dołączyły ramiona. Mijała innych
amatorów biegania, w większości ze słuchawkami w uszach. Denise
jednak wolała cieszyć się odgłosami miasta. Minęła znajomego
sprzedawcę ze sklepu spożywczego, który postanowił skorzystać z
ładnego wieczoru i przysiadł na ławce przed budynkiem. Pomachała
mu, a on odpowiedział uśmiechem i skinieniem głowy. Biegła nadal,
a jej długie blond włosy ściągnięte w koński ogon powiewały na
wietrze. Po piętnastu minutach truchtu w jednostajnym tempie
zobaczyła park, który kusił obfitą zielenią i obietnicą
spędzenia czasu w spokoju. Właśnie miała skręcić za róg, w
stronę wejścia do swego wielkomiejskiego azylu, kiedy usłyszała
pisk opon. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła czarnego SUV-a,
pędzącego zygzakiem po jezdni. Ściągnęła jasne brwi patrząc na
rozgrywającą się obok niej scenę.
Przebiegło jej
przez myśl, że kierowca musiał być pijany. W końcu warunki na
drodze były dobre. Spokój okolicy zakłócił dźwięk klaksonów.
Hamilton postanowiła zaczekać, aż samochód odjedzie dalej i
zatrzymała się. Jednak zamiast skręcenia w następną ulicę, SUV
uderzył z impetem w latarnię uliczną. Gdyby kobieta nie zatrzymała
się, ale biegła dalej, kierowca prawdopodobnie by w nią uderzył.
Denise usłyszała trzask miażdżonej karoserii i syk, który
towarzyszył obłokom pary wydobywającej się spod zwiniętej w
harmonijkę maski samochodu. Szok ustąpił miejsca adrenalinie i
chęci niesienia pomocy. Blondynka sprintem pokonała niewielką
odległość między nią a latarnią. Gdy znalazła się już obok
samochodu, zajrzała do środka przez szybę. Za kierownicą
znajdował się nieprzytomny mężczyzna, na oko
trzydziestokilkuletni. Miał rozciętą skroń, prawdopodobnie od
uderzenia głową o kierownicę. Denise sięgnęła ręką do klamki,
jednak drzwi nie chciały się odtworzyć. Rozejrzała się
rozgorączkowanym wzrokiem i przywołała naglącym gestem dłoni
postawnego mężczyznę, który stał obok innych gapiów na ulicy.
Gdy podszedł do niej, poprosiła:
- Niech pan mi pomoże.
Brunet z całej
siły pociągnął za klamkę i drzwiczki otworzyły się ze
zgrzytem. Denise odpięła pas bezpieczeństwa, którym opasany był
poszkodowany mężczyzna. Otaksowała nieprzytomnego i uznała, że
nie będzie w stanie sama uwolnić go z samochodu. Poinstruowała
więc swojego towarzysza, jak ma wyciągnąć rannego, żeby
zminimalizować ryzyko powstania nowych urazów.
Ułożył go
delikatnie na poboczu. Policjantka wyjęła z kieszeni telefon,
wybrała numer pogotowia ratunkowego i podała go stojącemu obok
mężczyźnie. Podczas gdy brunet odpowiadał na pytania
sanitariusza, Denise przystąpiła do udzielenia pierwszej pomocy.
Poszkodowany na pierwszy rzut oka oprócz krwawiącej skroni nie miał
żadnych innych ran. Kobieta uklękła przy jego boku i sprawdziła,
czy oddycha. Usłyszała urywane rzężenie. Ostrożnie odchyliła
głowę rannego, aby ułatwić mu oddychanie. Poczuła na ramieniu
czyjś dotyk. Odwróciła głowę i zobaczyła bruneta, który
wyciągał w jej stronę telefon. Machinalnie schowała go z powrotem
do kieszeni. Nie ruszyła się z miejsca nawet o centymetr, czekając
na przybycie karetki. Patrzyła na leżącego obok niej mężczyznę
i zobaczyła, że się poruszył. Powoli otworzył oczy i zaczął
chaotycznie rozglądać się dookoła, nie wiedząc, co się z nim
stało. Uśmiechnął się przelotnie, dostrzegając nad sobą twarz
Denise. Utkwiła w nim spojrzenie szaro-niebieskich oczu.
- Czy ja umarłem? Anioły w niebie
są naprawdę piękne – wykrztusił i na powrót zemdlał.
- Pomoc jest już w drodze –
odezwała się, chociaż wiedziała, że jej nie słyszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz